Data: 20.05.2017
Trasa: Pogorzelice PKP- Laska 4 km
Prowadzący trasę: Andrzej Strzykowski, Filip Kikhia
Liczba uczestników: 4

Na tą sobotę mieliśmy zaplanowaną wędrówkę do Krzemienicy oraz nocleg w 
zabytkowej chałupie szachulcowej ale okazało się, że jeszcze trwają tam 
prace adaptacyjne, dlatego też skorzystaliśmy z zaproszenia od "Effendiego". 
To oczywiście pseudonim inspirowany filmem "Pan Wołodyjowski" bowiem 
faktycznie nasz przyjaciel nazywa się Taha Naydat Kikhia i pochodzi z 
portowego miasta Latakia w Syrii. W Polsce przebywa już od wielu lat, 
zajmując się gastronomią, on to m.in wprowadził na "rynek słupski" placki 
syryjskie oraz sałatki z bobu i ciecierzycy. Chętnie zatem skorzystaliśmy z 
zaproszenia, aby zakosztować przysmaków syryjskich, szkoda tylko, że wielu 
naszych przyjaciół z turystycznej braci wyjechało na jakieś wybory m.in sam 
wielki i wspaniały Jan Kiśluk. A już w ogóle skandal, że jego nie wybrano 
tylko jakichś "pierdzistołków". O godzinie 9.12 ze Słupska do  Pogorzelic 
wyjechała skromna ale doborowa ekipa w składzie- Andrzej, Ula, Mecenas i 
kapitan Halszka. Jako iż była piękna- jeszcze- pogoda nie śpieszyło się nam i 
rychło urządziliśmy postój pod wiaduktem, gdzie zachwyt wzbudziła pieprzówka 
Halszki. Szliśmy powoli wzdłuż torów /trasę taką zaproponował Mecenas aby uniknąć 
marszu ruchliwą szosą krajową/ by po zejściu na drogę do Laski spotkać samego 
Effendiego oraz jego syna Filipa, który też wkrótce poprowadził nas do mety 
jadąc na rowerze. Pierwotnie droga wiodła przez las, ale już wkrótce wyszliśmy 
na pola. Andrzej z Mecenasem narzucili szybkie tempo marszu i po pewnym czasie 
zniknęli Uli i Halszce z oczu. Bystra i czujna Ula jednak rychło odnalazła 
panów którzy ukryli się w przydrożnym, brzozowym zagajniku, speszony Andrzej 
tłumaczył się, że to z uwagi na palące słońce, ale Ula-widząc pośpiesznie zamykane 
plecaki oraz metalowy kubek-nie dała się zwieść. Mimo iż trasa nie była długa 
to jednak dokuczały nam przejeżdżające samochody powodujące tumany kurzu, dlatego 
też szybko podążaliśmy do celu. Na miejscu powitały nas szczekające-Reksio i 
Bamberis, sam gospodarz, jego żona i dzieci. Należy bowiem wspomnieć iż 
"Effendi" jest ojcem aż dziewięciorga pociech.. Usiedliśmy pod wiatą na podwórku, 
gdzie najpierw napiliśmy się kawy arabskiej i..czegoś jeszcze, a następnie 
zostaliśmy zaproszeni do domu na ucztę. Były m.in potrawy z kaszy, bobu, 
ciecierzycy, drobiu, surówki, sałatki- nie trzeba chyba dodawać, że wszystkim 
bardzo smakowało.. Szkoda, że nie było z nami zapowiadanego wcześniej "Chudego" 
tj.Marka z Główczyc- jest on mistrzem kulinarnym i mógłby skorzystać z przepisów 
na potrawy arabskie. Po biesiadzie znów przenieśliśmy się na dwór, mimo iż pogoda 
zaczęła się już pogarszać, nadciągnęły chmury i zaczął wiać chłodny wiatr- ale nam 
jako turystom lepiej siedzi się w plenerze.. Słuchaliśmy opowieści o dzieciństwie 
naszego gospodarza m.in o spacerach po plaży w czasie nalotów izraelskich 
samolotów, gdzie zachwyt Effendiego wzbudziły startujące rakiety ziemia- 
powietrze obrony przeciwlotniczej bowiem jako dziecko nie rozumiał grozy sytuacji. 
Nadto opisał nam zwyczaje i specyfikę swojego kraju, co było cennym doświadczeniem 
bowiem zrozumieliśmy, że nie każdy mieszkaniec Bliskiego Wschodu jest fanatycznym 
islamistą. Jest bowiem różnica między krajami powiedzmy "szariackimi" jak Arabia 
Saudyjska czy Emiraty a krajami basenu Morza Śródziemnego jak chociażby Syria, 
bardziej tolerancyjnymi i otwartymi na świat, zwłaszcza jeśli chodzi o młodzież. 
Mama Effendiego co prawda surowo przestrzegała ramadanu, ale nasz kolega..w tym 
czasie wychodził do restauracji dla obcokrajowców, posilał się i pił whisky. 
Nauczyliśmy się przy okazji kilku słów po arabsku jak "kahbe"/odpowiednik najczęściej 
używanego słowa polskiego/, "szarmuta", "zub"/polskie słowo na ch../, "ibn el kelb", 
ale i przyzwoitszych jak "marchaba" czy "ma;as salaam". Effendi prosił tylko by nie 
mówić do niego- jak to żartobliwie czynił Mecenas- "seif el Islam" /miecz islamu/ 
bowiem gdyby to usłyszał jego ojciec Naydat, powiedziałby, że w takim razie islam umarł.. 
Zainspirowana gawędami o Syrii, Halszka, która w przeszłości jako kapitan wojska pełniła 
służbę w Libanie, założyła jordańską szatę i wyglądała jak królowa. Długi czas gwarzyliśmy 
z naszym gospodarzem w otoczeniu gromady dzieci oraz..kur, które psotny Filip wypuszczał z 
kurnika, aż okazało się, że wkrótce mamy pociąg. Było za mało czasu by dotrzeć do 
dworca piechotą, ale na szczęście Effendi podwiózł tam nas swoim samochodem. 
Z Pogorzelic wyjechaliśmy zatem o 15.24 zadowoleni z miłego pobytu.. 


Copyright © 2006-2008 KTP PTTK ORŁY