Data: 29.07.2017
Trasa: Choćmirówko- Drzeżewo- elektrownia wodna- Siodłonie- Klęcino- Klęcinko 
       /hacjenda "U Benka"/ 12 km
Prowadzący trasę: Marek Janusewicz
Liczba uczestników: 11


Po dłuższym okresie, gdy nie były organizowane klubowe wędrówki /m.in z uwagi na 
rajd OWRP/ prezes klubu Marek postanowił wyznaczyć i sam poprowadzić trasę, którą co 
prawda przeszliśmy już 3 lata temu, ale atrakcyjną krajobrazowo. Wizja zakończenia 
wędrówki na gościnnej hacjendzie "U Benka" spowodowała dość liczną frekwencję chętnych 
ciekawych wrażeń na trasie i..dobrego jadła na mecie. Autobusem o godzina 9.00 wyjechali 
ze Słupska: Andrzej z Ulą, Halszka /z pieprzówką/, Basia, Roma, Mecenas oraz wielce 
lubiana Brygida, nieco osłabiona po operacji ale aktywna i chętna do wędrówek, zwłaszcza 
gdy zakończyła już działalność w towarzystwie przyjaźni polsko-tureckiej. Już w trakcie 
jazdy autobusem wywiązała się ciekawa dyskusja między Brygidą a Halszką, której chciwie 
przysłuchiwali się Andrzej z Mecenasem. Trudno bowiem, aby ich zainteresowania nie 
wzbudziły słowa Brygidy- "W Gdańsku mnie zerżnięto" na co Halszka- "chciałabym w końcu 
być zastrzelona". Okazało się, że chodziło o operację Brygidy i udział Halszki w 
rekonstrukcji wybuchu Powstania Warszawskiego.. W ostattniej chwili do ekipy dołączył 
Jurek z Redy, zaś do Choćmirówka dojechali z Główczyc- Teresa z Markiem, oraz Tadek 
"Hippis" z wnukiem Guciem. Zabrakło niestety Ewy Moorhexe z Wessling- Arschloch /pojechała 
do Warszawy na badania ekosystemów parków miejskich/ oraz Wielkiego Mistrza Wolnej Loży 
Turystów Pomorza Rytu Beretowego- Jana Kiśluka, goszczącego dzisiaj delegację ministerialną- 
a minister to dziś ważna figura- skoro nawet ośmiela się przejmować kompetencje prezydenta RP, 
dlatego też rad nierad nasz zacny kolega musiał pozostać w Lęborku, ale zapewnił, że jak 
zwykle rehabilitację po wizycie ministra przeprowadzi mu doktor Zenek. Z przystanku w 
Choćmirówku wyruszyliśmy starym brokowanym traktem na południe by wkrótce skręcić na 
wschód. Po drodze mijaliśmy zdziczałe drzewa owocowe, skąd zrywaliśmy wiśnie, po czym 
weszliśmy do lasu. Po ostatnich deszczowych dniach na drodze pojawiły się wielkie kałuże, 
które utrudniały marsz- z drugiej strony deszcze spowodował wysyp grzybów. Najwięcej było 
oczywiście kurek /królową kurkową została Teresa/ ale trafiały się i podgrzybki- te z 
kolei znajdował Andrzej. W tych chwilach gdy "grzybiarze" poszukiwali trofeów, Marek z 
dumą częstował swoim regionalnym produktem, zwanym"kawą bez kawy". Powoli doszliśmy do 
Drzeżewa, gdzie na moście nad Łupawą wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcia, natomiast kilkaset 
metrów dalej, koło małej elektrowni wodnej na Łupawie nastąpił dłuższy postój- na 
odpoczynek oraz pokarm dla ciała i ducha. Andrzej ożywił się na słowa Brygidy- "Lekarz 
zalecił mi noszenie twardego tytanowego wkładu w środku", ale zmartwił się, gdy okazało się, 
że nie chodziło tu o jego "tytana", zaś "środek ciała" oznaczał kręgosłup między 3 a 4 kręgiem. 
Postój powinien w samym założeniu służyć  regeneracji sił, a jakimś cudem spowodował raczej 
ich degenerację- w konsekwencji idąc dalej do Siodłonia, Brygida prowadziła pod ręce dwóch 
strudzonych mocarzy- Mecenasa i Andrzeja, co ich wielce radowało zwłaszcza gdy ich dłonie 
dziwnym przypadkiem ocierały się o piersi hożej dziewoi. Wyszliśmy z lasu i błotnistą drogą w 
alei starych drzew podążyliśmy do Siodłonia- stamtąd samochodem Marcina na metę udały się: 
Tereska, Halszka i Brygida aby przygotować posiłek. Jurek i Mecenas doskonale pamiętali jak to 
kilka lat temu zostali poczęstowani szwedzkim "przysmakiem"- kiszonym śledziem /nawet skarpetki 
Seweryna tak nie pachniały/ i z obawą oczekiwali jakie to potrawy na nich czekają- okazało się 
jednak, że tym razem był to wspaniały barszcz z wkładką mięsną i fasolową. Już w okrojonym składzie 
szliśmy z Siodłonia, zaczynało się chmurzyć, więc Tadek z Jurkiem narzucili ostre tempo marszu, 
szybko doszliśmy do Klęcina, skąd już szosą podążyliśmy do hacjendy "U Benka". Tam-poza wspomnianym 
barszczem, czekało ciasto i lody. Skoro był Tadek i gitara- nie mogło zabraknąć śpiewogrania, w 
tym i pobożnych psalmów o ojcach bernardynach /"trochę niżej, proszę księdza bernardyna- ależ 
chłopcze to występek, całowałeś dziewczę w pępek"/ i wojennych pieśni o gieroju Czapajewie /"job 
twoju mać, my kulturnyj narod"/. Miłe chwile trwają krótko- więc już o 15.40 wyjechaliśmy do Słupska. 
Szkoda, że nie mogliśmy zakosztować pierogów z dzisiaj zebranymi kurkami, które przyrządziła Teresa..
może następnym razem..

Copyright © 2006-2008 KTP PTTK ORŁY