Data: 07.05.2022r
Trasa: Pogorzelice PKP- wiadukt Andrzeja- Laska- Pogorzelice PKP 10 km
Prowadzący trasę: Andrzej Strzykowski
Liczba uczestników: 11

Po żałobie spowodowanej odejściem na niebiańską wędrówkę naszego wielkiego przyjaciela- 
Janka Kiśluka trzeba było otrzeć łzy i powrócić na szlak. Na zaproszenie innego naszego 
przyjaciela, Syryjczyka Taha Naydat Kikhia zwanego powszechnie ''Effendim'' postanowiliśmy 
udać się do jego hacjendy w Lasce by zakosztować jego przysmaków. Wprawdzie prognoza 
pogody zapowiadała deszcze ale nas to nie odstraszało i frekwencja dopisała.. Wyjechaliśmy 
ze Słupska do Pogorzelic pociągiem Regio o 8.41 w składzie- Andrzej z Ulą, Andrzej Jóźwiak 
z Mariolą, kapitan Halszka z pieprzówką, Maryla, Mecenas, prokurator Beata, baron Mark 
von Glowitz z Tereską, zaś w Pogorzelicach czekał na nich stary traper Jurencjo z Redy 
ze swoim bratem Piotrem. Było pochmurno i siąpił drobny deszczyk więc czym prędzej 
podążyliśmy wzdłuż torów pod wiadukt zwany przez  "wiaduktem Andrzeja'' z racji tego że 
Andrzej bardzo lubił tam odpoczywać i degustować zacne napoje. Zasiedliśmy więc wszyscy, 
z zadowoleniem racząc się pieprzówką Halszki zagryzając suszonymi rybkami i kalmarami 
/Mecek je kupił w sklepie ukraińskim w Gdańsku/. Wbrew prognozom zaczęło się wypogadzać i 
wkrótce pojawiło się słońce i aż do hacjendy Effendiego wędrowaliśmy przy pięknej pogodzie. 
Trasa wzdłuż torów nie była długa ale żmudna bo szliśmy ''na przełaj'' więc z ulgą zeszliśmy 
z nasypu przy przepuście na szosę. Jak wiadomo najpierw trasa wiodła przez las a potem 
polną drogą, więc należało skorzystać z odpoczynku w lesie który również był przyjemny 
choć niektórzy narzekali że oblazły ich mrówki. Wiosna rozkwitła w całej pełni, zrobiło się 
zielono i zakwitły kwiaty, więc z zachwytem podziwialiśmy przyrodę i bynajmniej nie 
narzucaliśmy szybkiego tempa marszu, tak że de facto prowadzenie objął..kontuzjowany w nogę 
Marek.. Na hacjendzie Effendiego napotkaliśmy- poza gospodarzami- również Ukraińców,  których 
przyjął do siebie gościnny gospodarz- wolał ich niż Afgańców, których też mu proponowano 
bowiem- choć sam jest muzułmaninem- to jednak z nieco innego kręgu kulturowego, który nawet 
u siebie w Syrii w czasie Ramadanu chodził do restauracji dla cudzoziemców gdzie się pożywiał 
i degustował whisky. Wszyscy też wiemy że przydomek ''Seif el Islam'' /miecz islamu/ jaki mu 
nadał Mecek jest żartobliwy i ironiczny.. W każdym razie Effendi zdecydował się przyjąć 
Ukraińców i nie żałuje tego.. Zasiedliśmy przy stole, zachwycając się małymi szczeniaczkami, 
których mama groźnie warczała na nas ale na szczęście nie próbowała nas pogryźć.. Na stole 
wkrótce pojawiły się syryjskie przysmaki- ryż makluba z bakłażanami i mięsem ale i...ukraińskie 
jak pierogi zwane u nas ''ruskimi'', zaś na Ukrainie..''polskimi''.. Effendi odszukał gitarę, 
więc oczywiście nastąpił koncert Andrzeja, wszyscy śpiewaliśmy piosenki turystyczne.. Niestety 
nie mogliśmy siedzieć długo bo mieliśmy pociąg już o 15.21 więc czujna Ula dała sygnał do 
wymarszu. Wracaliśmy w zmniejszonym składzie bo Jurencja i Piotra którzy mieli pociąg wcześniej 
odwiózł na stację Effendi zaś po Marka i Tereskę miała przyjechać córka. Wędrowaliśmy prawie bez 
odpoczynków ale zasiedliśmy na chwilę pod wiaduktem, raz- że mieliśmy jeszcze trochę czasu a po 
wtóre- kapitan Halszka zachomikowała jeszcze jedną flaszkę pieprzówki na widok której oczy 
Andrzeja i Mecka rozjaśniały blaskiem.. Znów się zachmurzyło ale na szczęście nie padało, 
pociąg /relacji Bydgoszcz-Słupsk/ przyszedł bez opóźnienia i mając miejsca siedzące- co jest 
rzadkością w pociągu tej relacji- wróciliśmy do Słupska..